Dzień 59 – wielkie polowanie i pranie

Ten dzień przejdzie do historii naszego rejsu! Wygląda na to, że nie dla nas były ryby północnego Atlantyku. Wystarczyło przejść na drugą stronę mocy i zaczęło się.

Nie ukrywałem tego nigdy, ale od zawsze dość kiepsko szło mi łowienie ryb, a jeszcze trudniej wyciąganie ich na pokład. Tu i teraz motywacja jest silniejsza, bo mogę zaoszczędzić moje pyszne obiady na rzecz świeżej ryby, to czemu nie próbować? W końcu pływam po jednym wielkim targu owoców morza. Wczoraj udało się przełamać impas i wyciągnąć na pokład, a później usmażyć z czosnkiem i czerwoną papryką (ot taki eksperyment) i co najważniejsze zjeść, rybę! Chwile po niej coś zerwało mi przynętę. Później była kolejna, podobnej wielkości, ale zanim się do niej zabrałem spadła z haczyka tuż pod rufą. Największe wydarzenie natura zostawiła nam na wieczór. Kołowrotek, aż się zagotował od terkotania! Wybiegłem na pokład, patrzę za rufę, a tam wyskoczyła jakaś wielka błyszcząca ryba. Żyłka napięta, co tu robić? Co tu robić?? Co robić??? Płynąłem nie za szybko, ale 4 węzły były. Marian ma wolne od dzisiaj do odwołania, więc szybko stanąłem w dryf. Powoli, lecz stanowczo zacząłem zbierać luz żyłki, która w pewnym momencie zrobiła się całkowicie luźna. Ze smutkiem stwierdziłem, że potwór morski zerwał się pewnie jak robiłem zwrot i wyswobodził od mojej korby kabestanu. No to zbieram tę żyłkę, a tu nagle jakieś błyszczące coś dopływa do rufy i zaczyna wyprzedzać łódkę. Żyłka znów się napięła jak struna! Już byłem pogodzony ze stratą, ale jak to się mówi, nadzieja umiera ostatnia! Zbieram żyłkę myśląc, no dobra krzycząc, bo tak tu się myśli, że owszem, wyciągnę i co dalej? A tak właściwie jak ja ją chce wyciągnąć? Przecież ona na oko waży z 5 kg, a do tego rzuca się mając jeszcze dużo siły! No i tak się zastanawiałem, podciągając ją już coraz wyżej, aż żyłka pękła i piękna idealnych rozmiarów Mahi-mahi, zwana Koryfeną lub Dolphin Fish, popłynęła w świat. Chyba przeżyje bo nie była mocno uszkodzona. Ja za to przypomniałem sobie, jak kilka dni temu widziałem, że coś nadgryzło żyłkę, ale zapomniałem ją skrócić i w tym miejscu pękła. Kolejny przykład, że nie wolno nic odkładać na później!. Byłyby śniadania, obiady i kolacje na dwa dni! No nic, nie tracę nadziei i cieszę się, że coś zaczęło się dziać na końcach tych linek bo z tego wszystkiego zacząłem wyrzucać drugi zestaw łowczy. Ten kawałek drewna jeździ ze mną tak na różnych pokładach od kilku ładnych lat i nie ustępuje skomplikowanym kołowrotkom! Andrzej Kulpa byłby dumny z tego narzędzia łowczego. W międzyczasie piorę, płuczę, wiruję, suszę. Ostatnie dni na wielkie pranie…

 

Zapisz

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *