Tydzień 7 – relacja

To był pracowity tydzień. Dni uciekają niepostrzeżenie. Zdarza się, że nie zauważam, a już zaczyna się kolejny i warto byłoby się przespać i zregenerować siły. Wbrew pozorom, mimo 8 metrów, dzieje się całkiem sporo na pokładzie Perły.

Dzień 44

Pogada iście atlantycka. Jedyne czego brakuje do wypełnienia tego krajobrazu to życie dookoła. Ryby latające wciąż wpadają na pokład, ale zazwyczaj są mikroskopijne, że nawet nie słyszę kiedy próbują się wyswobodzić (te większe rybki, takie 5 centymetrowe słychać). Wiedząc, że i tak się nimi nie najem, staram się oddawać im wolność, zanim wysuszy je poranne słońce. Podczas moich wcześniejszych rejsów atlantyckich, zanim usłyszało się taką rybę, albo zobaczyło, to było ją czuć. Śmierdziały przeokrutnie. Tych teraz w ogóle nie czuć. Może straciłem węch? Ptaków bardzo mało, delfinów nie ma! Staram się wypatrywać częściej na pokładzie oznak życia Oceanu, ale póki co pustka. W międzyczasie przeczytałem, chyba pierwszy raz w całości pewną książkę przygodową, a w niej taki oto cytat:

„Morze […] jest to niezmierzona pustynia, gdzie jednak człowiek nie jest nigdy sam, bo wszędzie czuje wkoło siebie życie drgające”

02.08male11

No i pomimo tego, że niewiele widzę dookoła to jednak czuję, że to co mnie otacza żyje swoim życiem. Kto zgadnie skąd ten cytat?

Dzisiaj pierwsze prace bosmańskie przy żaglach! Nie chciałbym powiedzieć tego w złą godzinę, bo dopiero zbliżam się do silniejszych wiatrów, ale dobre te żagle dzisiaj się szyje! Przez cały ubiegły sezon i tegoroczne 44 dni rejsu przy żaglach nie musiałem robić nic. W tym czasie Henryk Jaskuła, czy Knox Johnston, mieli co robić. Henryk nie wziął nawet igieł, o czym wcześniej mi opowiadał. Zapomniał. Znalazł jedynie 2 zwykłe igły i bardzo o nie dbał. Ja wziąłem od groma i ciut ciut. Nawet nie liczyłem, ale na igłach nie oszczędzałem i kupiłem największy zestaw, ale dbam o nie jak bym miał jedną. Szycie poszło sprawnie i 20 cm przetartego szwu na foku zostało odtworzone. Dziurka po dziurce. Dzięki Bogu Dacron ma tą właściwość, że dziurki zrobione wcześniej przez maszynę do szycia, pozostają i odtworzenie istniejącego wcześniej szwu to długi, ale prosty proces.

02.08male5

Dzień 45

Robiąc porządki w spiżarni, między torbami z jedzeniem, znalazłem zapasowy komputer. W sumie to mam tego elektronicznego dobra 3 sztuki. Jeden od zeszłego roku wisi w centrum dowodzenia na Perle, drugi był kupiony tuż przed rejsem na zapas, a w międzyczasie trzeci pożyczył mi Tomek Cichocki, który trzymam jako żelazną rezerwę. Stwierdziłem, że jak mam 3 to jeden użyję jako przenośną maszynę do pisania. Dzięki temu znalezisku siedzę sobie teraz z głową w wentylatorze i pomimo otaczającego upału, w cieniu pokładu i przy działającej klimatyzacji mogę pisać. Lubię od czasu do czasu małe ryzyko i wychodzę z maszyną do pisania na pokład. Tam w kokpicie lub wciśnięty w kosz dziobowy, na materacu z granulkami, też miło popracować. Nie wiem jak długo to jeszcze potrwa, bo ostatnio czujność spadła i podczas kina letniego w kokpicie bryzgi dosięgnęły komputer. Śrubki pordzewiały, ale działa. Mam na pokładzie spory zapas zeszytów i długopisów, więc notatek nie zabraknie, nawet jak komputery stwierdzą, że mają już dość bycia pancernymi. Mam też ołówki i bardzo się cieszę z dużego ich zapasu. Trochę przez przypadek cały pakiet ołówków, chyba 30 sztuk, spięty gumką trafił na pokład. Przypadkowo też, zabrałem jeden z zestawów do ćwiczeń nawigacyjnych, więc Szkoła Żeglarstwa Morka musi uzupełnić braki przed zimowymi kursami. No tak, ale czemu ołówki okazują się takie cenne? Wyobraźcie sobie, że są najbardziej wodoodpornym pisadłem jakie mam na pokładzie. Mówił mi to mój brat Adrian, ale jakoś mu nie wierzyłem. Teraz jak patrzę na maszt z rysunkami mojej córki Krystyny, zrobione właśnie ołówkiem, po kilku tysiącach mil robią jeszcze większe wrażenie. Marker wodoodporny po woli blaknie, a ołówka nic nie rusza!

Dzień 46

Po moich wcześniejszych przygodach z wędką, długo nie mogłem się przełamać, żeby wrócić do tematu. Tak jak już wspominałem, wędkarzem to chyba trzeba się urodzić. Ja się urodziłem, to fakt niezbity, ale na pewno nie z genem wędkarskim. Choć zawsze podziwiałem cierpliwość tych zamyślonych i wpatrzonych w wodę ludzi. Mój entuzjazm zawsze kończył się jakąś sromotną porażką i dawałem sobie spokój na kilka lat. Teraz jednak motywacja jest silniejsza. Po pierwsze, gdy składałem torbę ewakuacyjną, włożyłem do niej zestaw do łowienia ryb. Co by było gdyby moje przeżycie zależało od ryb??? No to trzeba się tego nauczyć, spróbować zrozumieć, a jak przy okazji zaoszczędzę kilka obiadów, to tym lepiej. Jak może pamiętacie, pierwsza i jedyna do tej pory, próba złowienia jakiejś ryby pozostawiła po sobie pozbawiony z żyłki kołowrotek. Wyciągnąłem więc wszystkie wędkarskie akcesoria jakie zabrałem ze sobą. Tu z pomocą przyszedł Wojtek Werda, który zapomniał, że mam jego wędkarskie skarby z naszego wspólnego przelotu przez Atlantyk. Drugą połowę akcesoriów zapewnił mi Tomek Cichocki. Nie mogę zapomnieć też o drewnianym, pięknym przyrządzie, nabytym na Karaibach, przez Andrzeja Kulpe, który to nie ustępuje wypasionym kołowrotkom, czy też multiplikatorom. Używam stwierdzenia akcesoria wędkarskie, bo boję się nazywać poszczególne elementy, co by nie urazić żadnego wędkarza. Spróbujmy jednak. Mam niezliczoną ilość kolorowych rybek z takimi śmiesznymi dziobami jak u dziobaka, żeby nurkowały, gdy będę je ciągnął za rufą, do tego haczyki, kotwiczki, linki stalowe, żeby to połączyć z żyłką, kółeczka, agrafki, kolorowe ośmiorniczki, świecące kalmary, no po prostu wszystko co można znaleźć na półkach sklepu wędkarskiego. Jedyne czego mam mało, tak czuje intuicyjnie, to żyłki i linki tak zwanej plecionki. Po stracie jakichś 300 metrów z pierwszego kołowrotka, zostało mi może jeszcze 500 metrów różnych żyłek. Bez tego nie połowię, więc muszę być czujny. No to zaczynamy testować różne przynęty. Postaram się prezentować kolejne zestawy łowcze. Co pamiętam z dotychczasowych doświadczeń? Tylko tyle. żeby wybierać jak najmniejsze haczyki i przynęty, bo co mi po złowieniu jakiegoś potwora, jak ani go nie wyciągnę na pokład, ani nie zjem całego. Co prawda, taka walka, pewnie może być ciekawa, a i korci mnie próba suszenia w tych szerokościach ryb. Tylko nie mam jeszcze pomysłu na technologię tego zajęcia. No nic, nastawiony jestem dość bojowo. Kończąc temat wędkarskich przemyśleń, odkryłem w zegarku Z GPS-em funkcję o nazwie FISH & HUNT włączyłem, a tu godziny w jakich ryby na tej pozycji mają brać najlepiej?! To chyba wynika z faz księżyca? Pożyjemy, zobaczymy!

DCIM100GOPRO

Dzień 47

Dookoła leciutki wiaterek, słońce w pionie, jak to w tych szerokościach bywa, temperatura niezmiennie w okolicach 30 stopni, już od godziny 0900. Jak tu żyć w tych tropikach. Pierwszy raz chyba w życiu, jestem na morzu gdzie jest ciepło w tym samym czasie co w Polsce. Zawsze uciekałem jak tylko mogłem od zimy i gdy w mieście nad Prosną padał śnieg, ja grzałem się na ciepłych wodach. Jak w Polsce były upały ja marzłem na Bałtyku, lub morzu północnym. Tym razem pogoda nie zrobi na was wrażenia, bo wygląda na to, że nie do końca dobrze zaplanowałem czas tego rejsu. Tropiki podczas lata w Polsce, a południowe oceany, jesienią i zimą w Ojczyźnie. Co z tego, że tu będzie wiosna i lato, ja i tak spodziewam się temperatur bliskich zera, przez przynajmniej 5 miesięcy. Tak więc tym razem będzie sprawiedliwie :).

Od rana najchłodniejszym miejscem, tak do godziny 1000, jest dziób, pod pokładem. Zanim nagrzeje się od słońca, to całkiem tu przyjemnie. Wykorzystując ten fakt, dzień zacząłem od przeglądu przedziału z żaglami, który niestety mógłby wygrać konkurs na najgorzej wentylowane miejsce na łódce. Worki na żagle gdzieniegdzie pokrywają się kropeczkami grzyba, czy może pleśni? Muszę jakoś przeorganizować tą przestrzeń, a już na pewno nie mogą tu trafiać mokre żagle. Na razie żagle wolne od grzyba i niech tak pozostanie, choć będzie to niełatwe zadanie. Przypadkowo wpadł mi w ręce żółto- czarny żagiel. Genaker, o którym zapomniałem, a ma bardzo dobry rodowód i pochodzi z Nefryta Mistrza Waregi, swojego czasu pogromcy regat na Zatoce Gdańskiej. Jedyny kolorowy.

Jego jeszcze na maszcie nie było. Wieje słabiutko z rufy, więc czas najwyższy wyciągnąć kolory na pokład. Białe żagle mają urok, ale po postawieniu tego żółto-czarnego Genakera, nachodzi mnie taka myśl, że chciałbym mieć więcej kolorowych żagli. Szczególnie wszystkie duże przednie genakery, code 0 i spinakery nie mogą być białe. Prawda to znana już od lat, ale jakoś zapomniałem o tym, a może bardziej liczyło się posiadanie dobrych żagli, a kolor był nieistotny? Raczej tak, ale widzę teraz, że żagle muszą być kolorowe, szczególnie w takich rejsach. Od razu inny nastrój zapanował na pokładzie, a uśmiech zagościł na twarzy. Jak doskonale wiecie jak człowiek się uśmiecha, to co by się nie działo humor lepszy, więc uśmiechajcie się zawsze i wszędzie! Genakery stawiam z ręki, czyli bez żadnych patentów, prosto z worka. Można wyposażyć genakery w udogodnienia w postaci rękawów (tzw. skarpety – wciąga się taki żagiel w specjalnym tunelu na maszt, a później ten materiałowy tunel podciąga się do góry i dopiero żagiel zaczyna pracować), czy rolerów, którymi żagiel rozwija się dopiero po postawieniu. Gdy jednak stawia się go z worka to potrafi zapracować zanim jest całkowicie w górze, a wtedy „fały ręce trą” i te słowa popularnej szanty nabierają bardzo dosłownego znaczenia! Jak nie przy stawianiu, to przy zrzucaniu prawie zawsze lina fału, trochę za szybko zaczyna się przesuwać w rękach. Dlatego genaker to jedyny żagiel, a jego stawienie i zrzucanie to jedyna czynność do której wyciągam rękawiczki. Wiem, że co niektórzy moi koledzy będą niepocieszeni, bo nazywali mnie kiedyś Azbestową Ręką. Panowie, przepraszam, że was zawiodłem.

Próbując wyciągnąć ile się da z tych słabych wiatrów, na tak zwanych końskich szerokościach, zacząłem bawić się w różne prowadzenie brasów genakera. Założyłem na nie zwykłe kipy, takie jak przykręca się do pokładu i szukałem najlepszego miejsca ich zaczepienia do pokładu. Jak wydawało mi się, że znalazłem, przywiązałem na sztywno kipę. Odszedłem i z zadowoleniem popatrzyłem. Po chwili skarciłem się w duchu za głupotę. Przecież jak się rozwieje to będę musiał to szybko zdemontować, a tu szybko to jedynie z nożem w ręku. Zacząłem kombinować jak to usprawnić i z tego wszystkiego rozpocząłem produkcję tzw. miękkich szekli. Kawałek pętli z linki, zakończonej jakimś węzłem i mamy Gałkę Bosmańską. Efekt na załączonych zdjęciach. Nigdy nie wierzyłem, że to może trzymać, ale okazuje się że mądrzy ludzie to wymyślili i trzyma nawet wtedy gdy się napina i luzuje co chwilę.

Tak się rozpędziłem w tych pracach pokładowych, że z tego wszystkiego obciąłem włosy! jednak nie mogę już wytrzymać w tych szerokościach w długich włosach. Wyciągnąłem lusterko na pokład (dziwiłem się, gdy Eryk kupił dwa, myślę po co mi dwa – teraz jestem mu za to bardzo wdzięczny, dziękuję stokrotnie) No i do boju. Nie jestem pewien czy dokładnie tak Kazik śpiewał, ale wyszło: „krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie”. Nie miałem pomysłu jak obciąć się z tyłu, więc na razie zostawiłem, pozwalając sobie na ekstrawagancką fryzurę, której i tak nikomu nie muszę pokazywać, bo cały czas trzeba chodzić w chustce, czapce lub kapeluszu. Takie słońce!

Za każdym razem szukając czegoś w szafie z ubraniami muszę wyciągnąć plastikowe pojemniczki, które mają służyć do uprawy kiełków. Pewnie gdybym znalazł, na to delikatne w swojej budowie naczynie, jakieś lepsze miejsce niż szafa z ubraniami, to nigdy nie spróbowałbym nawet kiełków. Zacząłem się obawiać, że jeszcze kilka razy zostawię to na podłodze to popęka, a ja stracę nadzieję na jakąś świeżą zieleninę. Moja niezastąpiona teściowa uszyła mi taki koszyk z taśm do zawieszenia całej konstrukcji pól uprawnych, no bo jak przeczytałem w instrukcji tego naczynia, musi ono stać całkowicie w poziomie, bo inaczej nic nie urośnie. Poziom… Od 48 dni nie wiem, że coś takiego jak poziom, pion i tym podobne stany równowagi istnieją. Nawet jak to podwieszę, to będzie latało prawo lewo, a na pewno daleko od poziomu. No nic trzeba spróbować. Wysypałem 3 tacki nasionkami, wlałem wodę. Słodką, prawie pół litra, na bogato! Całość zainstalowałem w warsztacie nad imadłem, wieszając od góry do wydechu agregatu prądotwórczego, a od dołu dołożyłem jeszcze odciąg z gumki co by nie mogło się za bardzo rozbujać i uderzać w cokolwiek. Odciąg przywiązałem do imadła. W tak pięknych okolicznościach pomiędzy agregatem, imadłem i narzędziami postanowiłem stworzyć pola uprawne. Ciekawe co z tego wyjdzie. Dużą nadzieję pokładam w lokalizacji. Najlepiej wentylowane miejsce, tuż nad lukiem, gdzie jest jasno, ale nie w słońcu. Na pierwszy ogień poszła rzodkiewka.

Dzień 48

Kapitan Henryk Jaskuła w jednej wiadomości do mnie słusznie pogonił mnie do astronawigacji, a dokładnie do ćwiczeń określenia pozycji wykorzystując moment kulminacji słońca. GPS dobra rzecz, ale faktycznie nie zawsze musi działać, a słońce, nawet jak nie codziennie to często je widać, co daje możliwość określenia dość dokładnie swojej pozycji. Obliczenie szerokości geograficznej ze zmierzonej podczas kulminacji wysokości słońca zajmuje nie więcej niż pół kartki w zeszycie A5. To prosta matematyka na poziomie dodawania i odejmowania, więc każdy sobie poradzi. Pomiary jednak już do takich łatwych nie należą. Na początku nawet lekko bujający się pokład sprawia nie lada trudność, o czym doskonale wiem z moich wcześniejszych rejsów. Pozostaje tylko ćwiczyć, ćwiczyć i … ćwiczyć. Człowiek jest z natury leniwy, więc zdecydowanie łatwiej zmotywować się do ćwiczeń gdy ma się szansę osiągnąć konkretny wynik, w tym przypadku szerokość geograficzną. Henryk wysłał mi też swoje wskazówki i prosty tok obliczeniowy. Jak już się wprawię, zbiorę to w jedną całość i podzielę się tą na pozór tylko skomplikowaną, sztuką astronawigacji.

Kiełki, dzień drugi. Kolejne pół litra wody poszły na pola uprawne! Bardzo jestem rozrzutny, ale widok zielonych ogonków, które zaczęły się pojawiać, otworzył drzwi do skarbca z wodą. Jutro spróbuje wody z odsalarki, aż tak hojny nie będę.

Dzień 49

Wszystkie znaki na niebie, morzu i w powietrzu mówią, że zbliża się zmiana pogody. Już nie wieje z rufy, nawet słabiutko. Od rana cisza spokój nic się nie dzieje. Tak zwana flauta. Nawet się cieszę, w końcu sobota, może by tak odpocząć sobie…

W głowie jednak jakiś niepokój. W końcu może dopadły nas cisze równikowe? Jak długo będziemy stać w miejscu? Jak zacznie wiać, to już na pewno z dziobu, a co gorsze wiem, że tak będzie wyglądał cały południowy Atlantyk, a na pewno jego zdecydowana większość. Pod wiatr.

Co tam na polach uprawnych słychać? Trzeciego dnia po zużyciu łącznie 1,5 litra wody, klęska urodzaju. Wszystkie tacki zapełnione długimi zielonymi kiełkami, przypominającymi trochę koniczynę u góry, a korzeń rzodkiewki od dołu. Tak! Jak szaleć to szaleć. Na obiad, naleśniki z kiełkami! Jak kapitan zarządził, tak majtek wykonał. Choć niechętnie. Przecież taki upał, 30 stopni to może było, ale rano, a teraz o 1500 to już nawet nie chce mi się mierzyć tak gorąco, a temu naleśników się zachciało! Smażenie pod pokładem zakrawa na jakiś sadyzm! Jednak naleśniki hmmm… Było by to jakieś urozmaicenie! No dobra do dzieła. Mąka, mleko, jajko pomijam, bo nie mam, trochę soli i usmażyłem. 20 sztuk! Ucieszony zabrałem się do jedzenia, oczywiście pełen entuzjazmu, że i na kolację starczy i na jutrzejsze śniadanie. Zjadłem wszystkie. Kiełki też! Brzuch zaczął mnie boleć już o 1800. O 2000, z kurami poszedłem spać. Tak się kończy klęska urodzaju i brak rozsądku. Rano czuję się, dalej najedzony, wyspany i brzuch już mnie nie boli. Może jednak te kiełki są zdrowe 🙂

DCIM100GOPRO

Dzień 50

Od wypłynięcia ze Świnoujścia, wedle moich notatek mija dzisiaj okrągłe 50 dni. To już kawałek czasu za rufą, a tu kolejna niedziela pracująca za mną. Tak to chyba musi już być, że stan morza dzieli dni na te pracujące i wolne.

Świeże owoce skończyły się ponad tydzień temu! Miałem pomarańcze, cytryny i melony. Pomarańcze skończyły się ostatnie. Wygląda na to że cytrusy z popularnego w Polsce supermarketu obcego pochodzenia wytrzymały ponad 40 dni w warunkach morskich. Bez wątpienia trafiłem na część partii, która była przeznaczona na eksport w kontenerze jakiegoś statku, no bo jak inaczej tłumaczyć tą długowieczność 🙂

Jednak z braku owoców i warzyw nie zginę! Kaliska firma Paula, właściciel marki Crispy Natural, producent suszonych chipsów z warzyw i owoców zadbała o walkę ze szkorbutem wśród członków załogi Perły. Na pokładzie mam do wyboru do koloru: plastry buraków, topinambur, ananasa, brzoskwinie, jabłka, truskawki.

DCIM100GOPRO

Pakowałem się dość dynamicznie i nigdzie w głowie nie mogłem znaleźć informacji o ilości owych paczek owoców, dlatego przyszedł dzień na przegląd zapasów. Wygląda na to, że jeszcze poczęstuje was jak wrócę do Polski, tyle tego dobra zmieściłem. Jak jesteście ciekawi jak to smakuje, to podpowiem, że w każdym sklepie w tym kraju znajdziecie takie same chipsy Crispy Natural. Mój numer jeden w rankingu smaków to chipsy z buraka.

Po całym dniu bez jednej chmurki, tuż przed zachodem zaczął rozbudowywać się front, który jak się okazało spowodował kilka zmian żagli w nocy i zdominował cały kolejny dzień.

Zapisz

Zapisz

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *